Ale to tak na niby ma być!

Nie zawsze mam ochotę, czas i siłę by spędzać całe poprzedszkolne wieczory z dziećmi. Ba! Nie zawsze mam ochotę, by cały weekend wymyślać im zabawy czy bawić się przez cały dzień. Co ciekawsze – mam do tego prawo. Wtedy jednak, kiedy maluchy czują, że nie dam się przekonać, słyszę urocze: no, dobra. Chodź Wicek, pobawimy się w Maksa i Ruby! Zabawy improwizowane – Aaa! Ratunku – o co chodzi?

Od dłuższego czasu, królują spontaniczne zabawy, które dają nam wszystkim wiele możliwości. Kocham patrzeć na to, gdy dwoje dorastających dzieci, przeciwnych płci, zaczyna swoje zabawy improwizowane, polegające na odgrywaniu ról – najczęściej w zabawie robią to, co bohaterowie w danym odcinku. Najpopularniejsza to w Maksa i Ruby – postaci z kanadyjskiej bajki. Wincenty jest Maksem, Klara rozsądną Ruby a ja – mam cały dzień dla siebie. Czasem próbują mnie wmanewrować w bycie Babcią Maksa i Ruby – nie daję się. Wciąż cały dzień dla siebie. Nie wierzycie?

Jedyną kłótnię, jaką mogę usłyszeć, to przekomarzanki, że tak nie było w bajce lub, że ta odznaka harcerska to na niby ma być. Wszystko na niby, a prawdziwe przecież. Żywe dialogi, planowanie kolejnych reguł i scenariuszy. Bardzo buduje mnie fakt, że ich samodzielnie wymyślone zabawy improwizowane są ich autorstwa, chociaż i ja pamiętam, gdy z córką układałyśmy historię dla każdej z lal. To pasjonujące, jak potrafią dochodzić w prosty sposób do kompromisu, uszanować każdy swoje odgrywane role, jak potrafią się pięknie ze sobą śmiać.

Fantazja rozwija

Mogę śmiało stwierdzić, że zabawy improwizowane to jedne z najbardziej rozwijających dziecięcą otwartość, pewność siebie, sztukę kompromisu, szukania złotych środków – a gdy trzeba – postawienia na swoim. Nie muszę im niczego podpowiadać (może jedynie to, że teraz Maks i Ruby bawią się w sprzątanie), nie muszę bać się, że zaraz posypią się iskry złości, bo wystarczy spokojny ton Ruby (Klary), że: “tak nie było w bajce. Jeszcze raz” – a to wszak argument nie do przebicia.

 

 

 

 

 

 

Dzieciaki idą dalej: zabawy improwizowane to również urządzanie pikniku: kocyk jest, ciasteczka, jogurciki, jabłuszka – a jakże. Poduchy pod pupy i…nie wierzycie? Pół dnia spokoju. Dać im jeszcze gazetkę, kredki – raj dla mam. Zero wrzasków, jojczeń i pisków (dobrze przyznam się, że czasami pozostają mi do zmycia lustra, gdyż syn namoczywszy gąbkę płynem, smaruje pianą lustra po to, by uczynić z kredek wycieraczki. Myje lustra z rozkosznym: “swish, swish, swish…”). Najważniejsze jednak jest to, że nie ja im te zabawy improwizowane wymyśliłam, a oni sami. Serce rośnie.

Maja Bułaś

Dodaj komentarz